|
Widziałam w życiu wiele pięknych kocich oczu. Urzekająco błękitne oczy czekoladowej królewny Jaśminy. Bursztynowe filuterne ślepka małej trikolorki Malwinki. Lśniące najczystszym złotem hipnotyzujące oczy Benia. Lazurowo-szmaragdowe oczęta Zulki – koteczki mojej przyjaciółki Małgosi… Ale tylko jeden, jedyny – jak dotąd raz, napotkałam kota, którego wielkie wyraziste oczy, w kolorze dojrzałych zielonych winogron, miały magiczną moc zaglądania prosto do ludzkiego serca. Jest to Lolek, buro-biały przybłęda, który nie wiadomo jak i skąd, jako sześcio-, może siedmiomiesięczny podrostek, wylądował na podwórzu wielkiego blokowiska.
Opisywałam już jego historię. Swymi czarodziejskimi oczyma skradł moje serce, gdy okaleczony po wypadku samochodowym, ze zwisającą bezwładnie tylną łapką – a jednak w niepojęty sposób radosny i pełen życia – brykał po osiedlowych trawnikach. Wiedziałam, że nie ma szans przeżycia zimy. Że jesienne chłody i słoty będą zabójcze dla osłabionego wypadkiem i kalectwem kociaka.
Wykorzystując jego ufność i łagodny charakter zwabiłam go do zwykłej „transportówki”. Trafił do lecznicy gdzie przeszedł pierwszą operację. Trwała wiele godzin. W końcu zostałam poproszona na rozmowę z operującym go lekarzem. Dowiedziałam się, że zabieg był niesłychanie trudny i skomplikowany. Trzeba było usunąć część kości, resztę zespolić specjalnym stabilizatorem, przeszczepić zerwane mięśnie… Szczegółów nawet nie pamiętam, kręciło mi się w głowie. Najważniejsze były dwie informacje, – że nie ma gwarancji, iż kot odzyska sprawność oraz ta o kosztach operacji…
I tu magia Lolka zadziałała po raz drugi. Wiele osób kibicowało uroczemu, kalekiemu kocurkowi i było poruszonych jego smutnym losem. Gdy rozeszła się wiadomość o jego operacji – znaleźli się dobroczyńcy, gotowi złożyć się na pokrycie jej wysokich kosztów. Pomogli również internauci z Forum Miau. Mogłam być spokojna o dług w lecznicy.
Mijały dni, tygodnie. Loluś w oczach odzyskiwał sprawność w operowanej łapce. Nie posiadałam się ze szczęścia. Jedynym, co mąciło moją radość, były dziwne i niepokojące napady kaszlu połączone z gwałtownymi dusznościami. Do tego zwróciłam uwagę na nieproporcjonalnie szeroką, w stosunku do reszty ciała klatkę piersiową. Odezwały się złe przeczucia.
O tym, że były one uzasadnione przekonałam się w dniu, kiedy Loluś miał mieć usunięty stabilizator ze sprawnej już łapki. Miał to być całkowicie rutynowy, krótki zabieg. Lekarze uspokajali mnie, że nie ma żadnych powodów do obaw. Telefon z lecznicy był jak grom z jasnego nieba. Operację wyjęcia stabilizatora trzeba przełożyć. Pojawił się znacznie poważniejszy problem. Loluś, jak się okazało po wykonaniu zdjęcia RTG klatki piersiowej, (o co poprosiłam, mając na względzie wcześniejsze niepokojące spostrzeżenia) – ma rozerwaną w trzech miejscach przeponę! Przez te otwory do wnętrza klatki piersiowej wniknęły jelita, żołądek, śledziona, wątroba – i stopniowo zgniatały płuca. Loluś musiał przejść natychmiastową operację przełożenia narządów na właściwe miejsce i zszycia rozdartej przepony, inaczej czekała go niechybna i bolesna śmierć.
Operacja trwała wiele godzin. Loluś wybudził się z wielkim trudem, dopiero w drugiej dobie. Przez trzy dni jego życie wisiało na włosku cieńszym od kociego wąsa. Ale magia działała – przeżył. Tym razem koszty przekroczyły moje miesięczne zarobki. Po pomoc zwróciłam się do Fundacji Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt „Viva”. Otrzymałam numer konta, na które osoby poruszone losem Lolka wpłacały pieniądze, a Fundacja na podstawie faktur przelewała je na konto lecznicy.
Wspólnymi siłami udało się kupić Lolusiowi zdrowie i normalne życie.
Po raz kolejny magia Lolka zadziałała, gdy w Internecie jego zdjęcie zobaczyła pewna przemiła pani z Krakowa. Było to jedno z pierwszych ogłoszeń adopcyjnych, jakie zamieściłam. Wyraziste, wymowne oczy kota znowu z precyzją najdoskonalszego lasera trafiły prosto w ludzkie serce. Odbyłyśmy kilka rozmów telefonicznych, wymieniłyśmy kilka maili – i oto wczoraj Lolek zamienił miasto nad Wisłokiem na piękny gród nad Wisłą! Dziś usłyszałam przez telefon, że jest najmilszym, najsłodszym kotem – a jego uroku nie da się opisać. Ba! Wiem o tym doskonale.
Szczęśliwego nowego życia mój ty magiczny kotku!
Chciałam gorąco i z całego serca podziękować wszystkim, którzy pomogli Lolkowi wrócić do zdrowia. Bez Was magia Lolka nie mogłaby działać! Jesteście wspaniali! Mojej wdzięczności nie sposób wyrazić słowami, dlatego napiszę krótko i po prostu: DZIĘKUJĘ!
|