Co można znaleźć na jezdni w centrum miasta, po godzinie dziesiątej w nocy? Stłuczone szkło - powiecie, urwaną felgę, puszkę po coli, niedopałek.
A żywego maleńkiego kotka? – Nieeeee - pokręcicie głowami z powątpiewaniem.
Otóż niestety tak.
Tak właśnie znalazłam Kaszmirka, 6-tygodniowe kocię. Śmiertelnie przerażona kupka czarnego futerka, wyglądająca jak niedbale ciśnięta szmatka, tuliła się do krawężnika. Gdyby nie lśniące w świetle latarni ulicznych oczka, pełne niemego błagania o pomoc, pewnie pomyślałabym, że to jakiś gałganek wyrzucony przez niechlujnego kierowcę. Niestety TEN kierowca okazał się pozbawionym ludzkich uczuć sadystą…
Maluszek, jak się okazało następnego dnia w lecznicy, miał złamaną lewą łapkę. Szczęściem w nieszczęściu, było to czyste złamanie, bez odprysków kości, bez przemieszczeń. Wygoiło się łatwo i szybko, choć weterynarz kręcił głową nad stanem kociątka – maleństwo było poważnie niedożywione. Tragiczne jest to, że Kaszmir z pewnością nie urodził się jako piwniczne kocię. Ma wszelkie nawyki zwierzęcia, które przez dłuższy czas przebywało w bliskim kontakcie z człowiekiem – jest towarzyski, przytula się, pakuje na kolana bez najmniejszych obaw, bez wahania reaguje na wołanie. Przykro pomyśleć, że w domu gdzie był najpierw go byle jak żywiono w sposób absolutnie nieodpowiedni dla małego kotka, a potem bestialsko wyrzucono na pewną śmierć.
A skąd imię Kaszmir? Ano stąd, że kotek ma lekko przedłużone, niezwykle puszyste i miękkie futerko. Jest bardzo prawdopodobne, że gdy dorośnie będzie kotem półdługowłosym. Na razie to jednak rozkoszny i słodki malec, który potrzebuje troskliwego, odpowiedzialnego i pełnego miłości domu. By już nigdy jego życie nie zależało od spostrzegawczości spóźnionego nocnego przechodnia!