|

Przynajmniej teraz, od kiedy zacząłem moje drugie życie, tu w schronisku. Miałem kiedyś inne życie, dom i inne imię. Byłem królem podwórka, byłem tak zwanym kotem wychodzącym. Dzisiaj wiem, że niebezpiecznie jest być kotem wychodzącym w mieście, ale wtedy cieszyłem się wolnością i przestrzenią. Aż do tej strasznej zimy, kiedy nagle pogoniony przez złe psy, znalazłem się w zupełnie obcej, nieznanej okolicy. Ja- doświadczony kocur, niepoprawny włóczęga, jak o mnie mówili moi Duzi, straciłem zupełnie orientację w terenie. Nie umiałem znaleźć mojego bezpiecznego podwórka i mojego domu. Moi ludzcy przyjaciele też pewnie nie kochali mnie tak mocno, jak ja ich, bo chyba mnie nie szukali.
Nie będę Wam tu opowiadał o mojej walce o przetrwanie, o strachu, bólu i głodzie, bo to bardzo smutna opowieść… Kiedyś poczułem, że siły mnie opuszczają, ciałem wstrząsają dreszcze, a oczy pieką i łzawią. Na tak zwanej wspaniałej wolności nie ma miejsca dla słabych i chorych, młodsi tylko na to czekają! Wypędzony, pobity i zziębnięty wtuliłem się w jakiś kąt i czekałem na Wieczny Sen. Miejsce, w którym się obudziłem, w niczym nie przypominało Kociego Raju: wokół panował zgiełk, jazgot i wymieszane zapachy strachu, tęsknoty i rezygnacji wielu dziesiątek zwierząt. Pryskano mnie jakimś śmierdzącym paskudztwem, kłuto, wpychano mi do pyszczka jakieś okropne rzeczy, ale było mi wszystko jedno- miałem co jeść i było mi ciepło.
A potem było jeszcze gorzej: któregoś dnia obudziłem się w jakimś dziwnym miejscu, pozbawiony atrybutów męskości. Z natury jestem cierpliwy, ale tego już było za wiele! Dostałem ataku szału: prychałem, gryzłem i drapałem każdego, ktokolwiek się zbliżył. A kiedy trochę ochłonąłem, pomyślałem sobie: „Tylko spokojnie, kocie! W końcu nic się takiego nie stało… I tak masz już pewnie dużo dzieci, dużo za dużo… I pewnie jesteś też wielokrotnym dziadkiem, a nawet pra…pra…pradziadkiem… .” Większości swoich dzieci i wnuków nawet nie znam, bo u nas, kotów, to jest tak, że ojcowie tylko powołują do życia potomstwo, a potem to już sprawa matki. Urodzić, wykarmić, wychować na porządnego kota, opłakać te, które umierają albo zostają zamordowane przez ludzi… A potem znowu urodzić, wykarmić, wychować…. Więc tak sobie myślę: „ Nic się takiego nie stało! Teraz jesteś Wrześkiem, jednym z wielu mieszkańców tego dziwnego miejsca i czas zapomnieć o twoim dawnym życiu! Zapomnij, jeśli chcesz przetrwać!” Na początku nie było łatwo: wyobraźcie sobie 40-50 istot ludzkich, o różnych osobowościach, temperamentach, upodobaniach i przyzwyczajeniach, stłoczonych w niewielkim pomieszczeniu! Uważam, że i tak radzimy sobie dużo lepiej, niż radzili by sobie ludzie w naszej sytuacji, choć my, koty, jesteśmy z natury indywidualistami. Jak tylko wyrośniemy z młodzieńczych szaleństw, stajemy się myślicielami, a wielu z nas zostaje nawet filozofami. Potrzebujemy ciszy i spokoju, lubimy sobie posiedzieć sami i pomyśleć, albo podzielić się telepatycznie naszymi przemyśleniami z przyjacielem.
O ciszę, spokój i samotność trudno w tym naszym Klubie Kotów Kundelkowych, ale żyjemy we względnej zgodzie, chociaż zdarzają się konflikty, a nawet małe bójki. Staramy się pomagać sobie wzajemnie, pocieszać i wspierać w nasze wspólnej niedoli, ogrzewamy się nawzajem własnymi ciałkami, kiedy jest nam zimno, a kiedy któryś, szczególnie z nowych, jest bardzo smutny czy przerażony, to zawsze znajdzie się ktoś, kto przytuli, wyliże i uspokoi. 
A wiosną robi się nawet przyjemnie: kiedy w naszych Kocich Ogrodach ziemię przykrywa zielony dywan soczystej trawy, a na krzaczkach pojawiają się listki, a potem kwiatki, kiedy zaczyna szumieć nasza kocia fontanna i można się leniwie wyciągnąć na słoneczku, wtedy w serce wstępuje nowa nadzieja i aż chce się żyć! Czasem odwiedzają nas nasi ludzcy przyjaciele i wtedy jest święto: są smaczne kąski, ręce do głaskania i przytulania, czyszczenie uszu i szczotkowanie futerek. Jak tylko usłyszymy z daleka ich głosy, tłoczymy się przy siatce i trochę przepychamy, bo każdy chce być pogłaskany, a może nawet wzięty na ręce…, albo przynajmniej otrzeć się o nogi… Ludzie… Cóż to za dziwne istoty… Tak doskonali w swojej inteligencji i jednocześnie tak niedoskonali… Znam ich niemal od urodzenia, od kiedy otworzyłem oczy, a nieustannie mnie intrygują… Niedawno poznałem tajne wyjście z Kocich ogrodów: dziura w daszku, potem krótki spacer po siatce, hop i już jestem za ogrodzeniem. Lubię sobie pooddychać świeżym powietrzem, posłuchać głosu ziemi i wiatru, poganiać za motylami, czasem nawet jakaś myszka się trafi… A potem idę sobie spacerkiem do furtki wejściowej, kładę się pod krzaczkiem i obserwuję ludzi…
|